18.IV.14
Dzisiaj początek dnia przebiegł względnie normalnie. Nie było prądu, choć nie sprawiało to problemu, gdyż mieliśmy akumulator prądotwórczy. Chłopaki, czyli Marc, Jim, Kevin i Eric grali na PlayStation w Rayman Legends. Po śniadaniu przyszedł do mnie tata, wraz z Carlą...
Powiedział, że musimy poszukać ocalałych, a w szczególności-ojca Carli i mojego stryja. Postanowiliśmy, że pojadę do Springfield wraz z tatą i kilkoma chłopakami, odszukać ludzi.
-Ej tato, musimy wziąć....no wiesz...broń-powiedziałem.
-Nie zabijemy ich, nawet jeśli są chorzy.-powiedział głosem "firmowym"-mówił tak, gdy się denerwołał.
-Albo oni, albo my.-powiedziałem stanowczo. Wiedziałem, że tata ma wiatrówkę i pistolet kaliber 9 i 40-ci. Był zapalonym myśliwym. Na swoim "koncie" miał już kilka futrzaków.
-Eh...Dobra, idź po tę broń.-powiedział.-ale strzelaj tylko w razie konieczności, okej?
-Ty też jedziesz.-powiedziałem trochę ironicznie.
Na wyprawę zabraliśmy Garry'ego, Marca, Kevina i Erica. Mieliśmy wpierw przeszukiwać uliczki, bo po ulicach chodziły chmary. Wiem o tym, bo pan Roberts rozjechał kilku truposzy. Weszliśmy na Harmony Street, to miejsce przypominało trochę dzielnicę CJ-a. Tam mieszkał stryj Hugh. Na ulicach nie było żywego ducha. Zaczęliśmy pukać do drzwi wszystkich domostw pojedynczo. Na koniec zostawiliśmy dom mojego wujka. Nagle z jednego z domów słychać było krzyk:
-Kto tam!? Czy to te porąbańce?!-ktoś krzyczał.
-Nie! Tutaj ocalali, może pan wyjść! Nie jesteśmy ugryzieni!-odpowiadał Garry.
Drzwi uchyliły się. Stał tam silny, umięśniony, czarny facet. W ręce miał strzelbę.
-Jestem Garry. To Eric, Kev, Marc, Craig i jego ojciec.-mówił Garry.
-Ja jestem Leon.-mówił nieznajomy.-myślałem, że to te umarlaki, rozumiecie...
Potrząnąłem głową. Pokazał mu naszego Hyundai'a i powiedziałem, żeby usiadł i na nas poczekał.
W reszcie domów nic nie było, teraz tylko dom mojego stryja. Dom jego był czarny, pokryty spadzistym dachem. Wziąłem głęboki oddech i zapukałem do drzwi. Po sekundzie pociągnąłem za klamkę. W salonie stał on: wujek Hugh, a za nim jakaś kobieta.
-Co chcecie?-zapytał. Jedyne co zrobiłem to padłem mu w ramiona. Ojciec przywitał go po męsku, klepiąc w plecy.
Po kilku minutach rozmowy dowiedziałem się, kim była ta kobieta. Była to Lindsey-dziewczyna stryja, wtedy zapytałem:
-Jedziesz z nami do naszego domku letniego?
-Okej, wezmę samochód i pojedziemy tam.-odpowiedział.
-My musimy jeszcze przeszukać jedno miejsce...-powiedziałem-musimy odnaleźć ojca Carli.
Pojechaliśmy na Country Street. Ojciec mojej ukochanej dziewczyny mieszkał w jedynym domie z basenem. Zapukałem, otworzyłem drzwi i....
Zobaczyłem go, stał tam, poszedł w naszym kierunku. Uśmiechnąłem się. On wtedy....ugryzł Erica-był...ZARAŻONY! Chwyciłem za kaliber 9:
-Przepraszam pana....-i...strzeliłem mu w serce, padł...*
Przyjechaliśmy do domu powiedziałem o tym Carli i jej mamie. Płakały. Ja ledwo opanowywałem emocje. Reszta dnia minęła względnie spokojnie, choć wróciliśmy bez Erica...
Wrotten by K.B
*-w tej historii o zombie, nie muszą zostać uszkodzone ich mózgi, giną od strzału w serce, albo kilka strzałów w inne narządy (dop.autor)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz