20.IV.14
Dzisiaj krótko: budowaliśmy "wieżyczki obronne", doły z włóczniami, itp. Nikt nie umarł, nikt nie dołączył do grupy....
21.IV.14
Rano obudziło mnie pukanie: "Kto to może być?"-pomyślałem. Podszedłem do drzwi, zajrzałem przez wizjer a tam? Masa ludzi, kilku chyba z Meksyku:
-Możemy wejść? Widzieliśmy grafiti! (zapomniałem napisać, że na samochodach pisaliśmy: "Ten kto żyje, niech przyjedzie tam: Goldberg...)-krzyczał jeden z nich.
-Tato! Chodź! Jacyś ludzie przybyli!-krzyknąłem. Tata przyszedł, zaprosił ich. Przedstawili się: jeden to Juan, a pozostali-Ruben, Mico, Corin, Phillip, reszty nie pamiętam. Było ich tam 20-tu. Rozmawialiśmy, śmialiśmy się. Z biegiem czasu uświadamiam sobie, że to był błąd...
22.IV.14
Po przebudzeniu zszedłem na dół, a "nowi" właśnie wychodzili. Z bronią, jedzeniem, bateriami...
-Stójcie!-krzyknąłem, zabrali nam wszystko! Na szczęście w skrytce był jeszcze colt. Przycelowałem...i strzeliłem jednemu w twarz. Oni zaczęli do nas strzelać, zbudziłem wszystkich. Miałem jeszcze 2 bronie: G3RC i AK-47. Tacie dałem tę pierwszą, drugą-Kevinowi. Kilku padło, choć reszta ukryła się za wieżyczką. W pewnym momencie rozległ się krzyk:
-Aaaa!-krzyczeli tamci. Zombie ich dopadły. Jeden z nich trafił jednak dziewczynę stryja. Dokładnie w oko.
Wujek płakał. My zbieraliśmy skradzione przez nich rzeczy. Przy okazji zdobyliśmy trochę wody. Nasza gromada się pomniejszyła. Postanowiliśmy, że zostajemy tu jeszcze przez 2 tygodnie, potem-wyjeżdżamy. Ciekawiło mnie, gdzie będziemy jechać. Rozmyślałem o Kanadzie, może tam zaraza się nie dostała? Możemy też założyć obóz w opuszczonej hali. Porozwieszać wszędzie mapy, i jakoś żyć, ale czy to ma sens? Nim jakąś znajdziemy większość umrze, albo podzielimy się na małe grupki. Teraz tylko możemy liczyć na siebie, bo inni żywi mogą być przyjaciółmi, ale mogą być przebrzydle źli, jak tamci Meksykanie. Liczę, że za niedługo odnajdą lek i przeżyjemy, ale czy tak czysto-teoretycznie to możliwe? Może to jakiś zmutowany wirus wścieklizny? A jeśli tamte stwory nabędą jakąkolwiek inteligencję, chociażby 3-4 letniego dziecka, jesteśmy zgubieni. Będziemy czekać tu tylko dlatego, bo może ktoś jeszcze znajdzie naszą informację (zrobiliśmy około 40-ści). Teraz boję się nawet samego siebie: zabijam ludzi, jak roboty w "Terratorze". Chcemy stworzyć osadę, ale nie wiem, jak wielu ludzi jeszcze żyje. Teraz idę spać, dobranoc.
Nastolatek vs. zombie
Podobają Wam się posty?
środa, 30 kwietnia 2014
wtorek, 22 kwietnia 2014
Wypad po zapasy
Hej, tu autor bloga. Sorry, że nie było postów, ale były święta, a tym samym-wyjazd. Postaram się nadrobić zaległe posty. Jeszcze dziś postaram się o 2, lub 3. Pozdro :)
19.IV.14
Dzisiaj bardzo się wk*rwiłem: w domu zostało kilka batoników, przyprawy, trochę lodów i butelka wody: zapasy nam się kończyły, a było nas dokładnie 26! Musieliśmy wyruszyć na poszukiwanie żarcia...
Bez śniadania poprosiłem niektórych naszych, żeby wyruszyli z nami, na wypad zgodzili się: Gabe, Kevin, Leon, mój tata, stryj Hugh, Garry, Marc, pan Roberts, Victor Eriquez i Carol Anderson (zabrani podczas odjazdu ze szkoły) a także: Bill, Carla, jej mama i Amy z naszej klasy. Zostało 12-tu, prawie wszystkie dziewczyny z naszej klasy, Christy i narzeczona wujka. Zabraliśmy 3 samochody i autobus, no i broń, rzecz jasna. Zostawiliśmy im wiatrówkę taty, a sami wzięliśmy pistolety,strzelbę i maszynówki, znalezione u Leona. Odjechaliśmy.
Wpierw chcieliśmy jechać do jakiegoś małego sklepiku, ale potem zdecydowaliśmy się na supermarket. Podjechaliśmy do Tesco. Wtedy tata nam powiedział:
-Pamiętajcie, mogą być tam zakażeni, trzymajcie palec na spuście i celujcie w serce lub głowę, a teraz...Gabe, otwieraj!
Weszliśmy, oglądałem "Zombie Island" i widziałem, że gdy wchodzili do sklepu, wpierw wywabiali chorych rozbijając coś. Rozbiłem więc szklanki.
-Co to robisz?!-zapytał Bill-Chcesz, żebyśmy zginęli?!
Nie odpowiedziałem, natomiast każdy czekał. Zaczęły się pojawiać. Szły jak alkocholik który już ma dość: całą szerokością. Było ich około 20-cia. Zaczęliśmy ostrzał. Padały od góra dwóch strzałów. Ale niektórym udało się dotrzeć za bramkę.
-Odejdźcie!-krzyknął Victor, lecz Bill i Carol nie usłyszeli. Jeden z potworów rozerwał Billowi ramię, a dwa kolejne-rozszarpały Carola tak, że jego brzuch przypominał wylany kubek czerwonej farby. Zabiliśmy te istoty. Potem strzeliłem do Billa, wyglądał jak pies łaszący się na podłodze, Carol również otrzymał kulkę, ale nie ode mnie, lecz od Marca.
-Dobra, bierzcie koszyki i pakujcie wszystko, co się nada, potem spakujemy to do samochodów.-powiedział stryj.
Po jakiejś godzince zebraliśmy wystarczająco dużo żarcia i innych rzeczy, że spokojnie będą wystarczeć na jakiś miesiąc, do tego czasu raczej będzie normalnie (mam taką nadzieję). Wyszliśmy. Spakowaliśmy trochę do naszego samochodu-Hyundaia ix35, resztę do malucha Garry'ego i Lamborginhi wuja. Postanowiliśmy, że pojedziemy jeszcze do Jimbo's Guns, wyposażyć się w broń. Zabiliśmy po drodze "trochę" zakażonych, po prostu je rozjeżdżając.
Weszliśmy ze spokojem. Zabiliśmy Jimba, kumpla taty ze szkoły. Jego sklep był mały, ściany były powypychane kamizelkami moro. Ściany były szare, choć nie jestem pewien. Nad naszymi głowami były sieci a w nich liście-"pułapka?" pomyślałem. Biurko było bardzo przyzwoite: w "odcieniach" broni. Zabraliśmy wszystkie snajperki, karabiny, pistolety, strzelby i noże, jakie wpadły nam w ręce.
Wyszliśmy, ale czekała tam na nas niespodzianka: zombie będące na ulicach. Wybiliśmy większość, ale około 5 czaiło się obok śmietniska, nie zauważyliśmy ich, a pobiegła tam Amy. Skutków możecie się domyślać. Całe szczęście nie wszyscy wysiadli, więc było łatwiej, weszliśmy do samochodów i pojechaliśmy do domu.
Z uśmiechami na twarzach wyszliśmy z samochodów, niosąc zapasy i broń. Jednak coś mi nie grało: taras był otwarty, a przecież zakazaliśmy im otwierać go, na wypadek, gdyby stali tam zakażeni. Wbiegłem do domu a tam? Masa krwi, wszędzie ciała....
-O nie! No nie!-krzyczałem wraz z tatą. Zauważyłem Karen i Lily, martwe. Ich ciała wyglądały, jakby przeszły przez krajzegę: praktycznie bez nóg i rąk, ich brzuchy były rozszarpane i pozbawione jakichkolwiek narządów. Napotkaliśmy w salonie trzech chorych: w tym dwóch naszych, zabiliśmy ich. Pobiegłem na górę wraz z tatą do pokoju macochy i dziewczyny wuja. Były zamknięte w pokoju, żyły, na szczęście. Jednak tylko one, Beth i Luis przeżyli. Z naszej 26 zostało piętnąście ocalałych. Wynieśliśmy ciała i wytarliśmy krew. Nie mogłęm usnąć całą noc, z natłoku wrażeń....
Wrotten by K.B
19.IV.14
Dzisiaj bardzo się wk*rwiłem: w domu zostało kilka batoników, przyprawy, trochę lodów i butelka wody: zapasy nam się kończyły, a było nas dokładnie 26! Musieliśmy wyruszyć na poszukiwanie żarcia...
Bez śniadania poprosiłem niektórych naszych, żeby wyruszyli z nami, na wypad zgodzili się: Gabe, Kevin, Leon, mój tata, stryj Hugh, Garry, Marc, pan Roberts, Victor Eriquez i Carol Anderson (zabrani podczas odjazdu ze szkoły) a także: Bill, Carla, jej mama i Amy z naszej klasy. Zostało 12-tu, prawie wszystkie dziewczyny z naszej klasy, Christy i narzeczona wujka. Zabraliśmy 3 samochody i autobus, no i broń, rzecz jasna. Zostawiliśmy im wiatrówkę taty, a sami wzięliśmy pistolety,strzelbę i maszynówki, znalezione u Leona. Odjechaliśmy.
Wpierw chcieliśmy jechać do jakiegoś małego sklepiku, ale potem zdecydowaliśmy się na supermarket. Podjechaliśmy do Tesco. Wtedy tata nam powiedział:
-Pamiętajcie, mogą być tam zakażeni, trzymajcie palec na spuście i celujcie w serce lub głowę, a teraz...Gabe, otwieraj!
Weszliśmy, oglądałem "Zombie Island" i widziałem, że gdy wchodzili do sklepu, wpierw wywabiali chorych rozbijając coś. Rozbiłem więc szklanki.
-Co to robisz?!-zapytał Bill-Chcesz, żebyśmy zginęli?!
Nie odpowiedziałem, natomiast każdy czekał. Zaczęły się pojawiać. Szły jak alkocholik który już ma dość: całą szerokością. Było ich około 20-cia. Zaczęliśmy ostrzał. Padały od góra dwóch strzałów. Ale niektórym udało się dotrzeć za bramkę.
-Odejdźcie!-krzyknął Victor, lecz Bill i Carol nie usłyszeli. Jeden z potworów rozerwał Billowi ramię, a dwa kolejne-rozszarpały Carola tak, że jego brzuch przypominał wylany kubek czerwonej farby. Zabiliśmy te istoty. Potem strzeliłem do Billa, wyglądał jak pies łaszący się na podłodze, Carol również otrzymał kulkę, ale nie ode mnie, lecz od Marca.
-Dobra, bierzcie koszyki i pakujcie wszystko, co się nada, potem spakujemy to do samochodów.-powiedział stryj.
Po jakiejś godzince zebraliśmy wystarczająco dużo żarcia i innych rzeczy, że spokojnie będą wystarczeć na jakiś miesiąc, do tego czasu raczej będzie normalnie (mam taką nadzieję). Wyszliśmy. Spakowaliśmy trochę do naszego samochodu-Hyundaia ix35, resztę do malucha Garry'ego i Lamborginhi wuja. Postanowiliśmy, że pojedziemy jeszcze do Jimbo's Guns, wyposażyć się w broń. Zabiliśmy po drodze "trochę" zakażonych, po prostu je rozjeżdżając.
Weszliśmy ze spokojem. Zabiliśmy Jimba, kumpla taty ze szkoły. Jego sklep był mały, ściany były powypychane kamizelkami moro. Ściany były szare, choć nie jestem pewien. Nad naszymi głowami były sieci a w nich liście-"pułapka?" pomyślałem. Biurko było bardzo przyzwoite: w "odcieniach" broni. Zabraliśmy wszystkie snajperki, karabiny, pistolety, strzelby i noże, jakie wpadły nam w ręce.
Wyszliśmy, ale czekała tam na nas niespodzianka: zombie będące na ulicach. Wybiliśmy większość, ale około 5 czaiło się obok śmietniska, nie zauważyliśmy ich, a pobiegła tam Amy. Skutków możecie się domyślać. Całe szczęście nie wszyscy wysiadli, więc było łatwiej, weszliśmy do samochodów i pojechaliśmy do domu.
Z uśmiechami na twarzach wyszliśmy z samochodów, niosąc zapasy i broń. Jednak coś mi nie grało: taras był otwarty, a przecież zakazaliśmy im otwierać go, na wypadek, gdyby stali tam zakażeni. Wbiegłem do domu a tam? Masa krwi, wszędzie ciała....
-O nie! No nie!-krzyczałem wraz z tatą. Zauważyłem Karen i Lily, martwe. Ich ciała wyglądały, jakby przeszły przez krajzegę: praktycznie bez nóg i rąk, ich brzuchy były rozszarpane i pozbawione jakichkolwiek narządów. Napotkaliśmy w salonie trzech chorych: w tym dwóch naszych, zabiliśmy ich. Pobiegłem na górę wraz z tatą do pokoju macochy i dziewczyny wuja. Były zamknięte w pokoju, żyły, na szczęście. Jednak tylko one, Beth i Luis przeżyli. Z naszej 26 zostało piętnąście ocalałych. Wynieśliśmy ciała i wytarliśmy krew. Nie mogłęm usnąć całą noc, z natłoku wrażeń....
Wrotten by K.B
piątek, 18 kwietnia 2014
Poszukiwania
18.IV.14
Dzisiaj początek dnia przebiegł względnie normalnie. Nie było prądu, choć nie sprawiało to problemu, gdyż mieliśmy akumulator prądotwórczy. Chłopaki, czyli Marc, Jim, Kevin i Eric grali na PlayStation w Rayman Legends. Po śniadaniu przyszedł do mnie tata, wraz z Carlą...
Powiedział, że musimy poszukać ocalałych, a w szczególności-ojca Carli i mojego stryja. Postanowiliśmy, że pojadę do Springfield wraz z tatą i kilkoma chłopakami, odszukać ludzi.
-Ej tato, musimy wziąć....no wiesz...broń-powiedziałem.
-Nie zabijemy ich, nawet jeśli są chorzy.-powiedział głosem "firmowym"-mówił tak, gdy się denerwołał.
-Albo oni, albo my.-powiedziałem stanowczo. Wiedziałem, że tata ma wiatrówkę i pistolet kaliber 9 i 40-ci. Był zapalonym myśliwym. Na swoim "koncie" miał już kilka futrzaków.
-Eh...Dobra, idź po tę broń.-powiedział.-ale strzelaj tylko w razie konieczności, okej?
-Ty też jedziesz.-powiedziałem trochę ironicznie.
Na wyprawę zabraliśmy Garry'ego, Marca, Kevina i Erica. Mieliśmy wpierw przeszukiwać uliczki, bo po ulicach chodziły chmary. Wiem o tym, bo pan Roberts rozjechał kilku truposzy. Weszliśmy na Harmony Street, to miejsce przypominało trochę dzielnicę CJ-a. Tam mieszkał stryj Hugh. Na ulicach nie było żywego ducha. Zaczęliśmy pukać do drzwi wszystkich domostw pojedynczo. Na koniec zostawiliśmy dom mojego wujka. Nagle z jednego z domów słychać było krzyk:
-Kto tam!? Czy to te porąbańce?!-ktoś krzyczał.
-Nie! Tutaj ocalali, może pan wyjść! Nie jesteśmy ugryzieni!-odpowiadał Garry.
Drzwi uchyliły się. Stał tam silny, umięśniony, czarny facet. W ręce miał strzelbę.
-Jestem Garry. To Eric, Kev, Marc, Craig i jego ojciec.-mówił Garry.
-Ja jestem Leon.-mówił nieznajomy.-myślałem, że to te umarlaki, rozumiecie...
Potrząnąłem głową. Pokazał mu naszego Hyundai'a i powiedziałem, żeby usiadł i na nas poczekał.
W reszcie domów nic nie było, teraz tylko dom mojego stryja. Dom jego był czarny, pokryty spadzistym dachem. Wziąłem głęboki oddech i zapukałem do drzwi. Po sekundzie pociągnąłem za klamkę. W salonie stał on: wujek Hugh, a za nim jakaś kobieta.
-Co chcecie?-zapytał. Jedyne co zrobiłem to padłem mu w ramiona. Ojciec przywitał go po męsku, klepiąc w plecy.
Po kilku minutach rozmowy dowiedziałem się, kim była ta kobieta. Była to Lindsey-dziewczyna stryja, wtedy zapytałem:
-Jedziesz z nami do naszego domku letniego?
-Okej, wezmę samochód i pojedziemy tam.-odpowiedział.
-My musimy jeszcze przeszukać jedno miejsce...-powiedziałem-musimy odnaleźć ojca Carli.
Pojechaliśmy na Country Street. Ojciec mojej ukochanej dziewczyny mieszkał w jedynym domie z basenem. Zapukałem, otworzyłem drzwi i....
Zobaczyłem go, stał tam, poszedł w naszym kierunku. Uśmiechnąłem się. On wtedy....ugryzł Erica-był...ZARAŻONY! Chwyciłem za kaliber 9:
-Przepraszam pana....-i...strzeliłem mu w serce, padł...*
Przyjechaliśmy do domu powiedziałem o tym Carli i jej mamie. Płakały. Ja ledwo opanowywałem emocje. Reszta dnia minęła względnie spokojnie, choć wróciliśmy bez Erica...
Wrotten by K.B
*-w tej historii o zombie, nie muszą zostać uszkodzone ich mózgi, giną od strzału w serce, albo kilka strzałów w inne narządy (dop.autor)
Dzisiaj początek dnia przebiegł względnie normalnie. Nie było prądu, choć nie sprawiało to problemu, gdyż mieliśmy akumulator prądotwórczy. Chłopaki, czyli Marc, Jim, Kevin i Eric grali na PlayStation w Rayman Legends. Po śniadaniu przyszedł do mnie tata, wraz z Carlą...
Powiedział, że musimy poszukać ocalałych, a w szczególności-ojca Carli i mojego stryja. Postanowiliśmy, że pojadę do Springfield wraz z tatą i kilkoma chłopakami, odszukać ludzi.
-Ej tato, musimy wziąć....no wiesz...broń-powiedziałem.
-Nie zabijemy ich, nawet jeśli są chorzy.-powiedział głosem "firmowym"-mówił tak, gdy się denerwołał.
-Albo oni, albo my.-powiedziałem stanowczo. Wiedziałem, że tata ma wiatrówkę i pistolet kaliber 9 i 40-ci. Był zapalonym myśliwym. Na swoim "koncie" miał już kilka futrzaków.
-Eh...Dobra, idź po tę broń.-powiedział.-ale strzelaj tylko w razie konieczności, okej?
-Ty też jedziesz.-powiedziałem trochę ironicznie.
Na wyprawę zabraliśmy Garry'ego, Marca, Kevina i Erica. Mieliśmy wpierw przeszukiwać uliczki, bo po ulicach chodziły chmary. Wiem o tym, bo pan Roberts rozjechał kilku truposzy. Weszliśmy na Harmony Street, to miejsce przypominało trochę dzielnicę CJ-a. Tam mieszkał stryj Hugh. Na ulicach nie było żywego ducha. Zaczęliśmy pukać do drzwi wszystkich domostw pojedynczo. Na koniec zostawiliśmy dom mojego wujka. Nagle z jednego z domów słychać było krzyk:
-Kto tam!? Czy to te porąbańce?!-ktoś krzyczał.
-Nie! Tutaj ocalali, może pan wyjść! Nie jesteśmy ugryzieni!-odpowiadał Garry.
Drzwi uchyliły się. Stał tam silny, umięśniony, czarny facet. W ręce miał strzelbę.
-Jestem Garry. To Eric, Kev, Marc, Craig i jego ojciec.-mówił Garry.
-Ja jestem Leon.-mówił nieznajomy.-myślałem, że to te umarlaki, rozumiecie...
Potrząnąłem głową. Pokazał mu naszego Hyundai'a i powiedziałem, żeby usiadł i na nas poczekał.
W reszcie domów nic nie było, teraz tylko dom mojego stryja. Dom jego był czarny, pokryty spadzistym dachem. Wziąłem głęboki oddech i zapukałem do drzwi. Po sekundzie pociągnąłem za klamkę. W salonie stał on: wujek Hugh, a za nim jakaś kobieta.
-Co chcecie?-zapytał. Jedyne co zrobiłem to padłem mu w ramiona. Ojciec przywitał go po męsku, klepiąc w plecy.
Po kilku minutach rozmowy dowiedziałem się, kim była ta kobieta. Była to Lindsey-dziewczyna stryja, wtedy zapytałem:
-Jedziesz z nami do naszego domku letniego?
-Okej, wezmę samochód i pojedziemy tam.-odpowiedział.
-My musimy jeszcze przeszukać jedno miejsce...-powiedziałem-musimy odnaleźć ojca Carli.
Pojechaliśmy na Country Street. Ojciec mojej ukochanej dziewczyny mieszkał w jedynym domie z basenem. Zapukałem, otworzyłem drzwi i....
Zobaczyłem go, stał tam, poszedł w naszym kierunku. Uśmiechnąłem się. On wtedy....ugryzł Erica-był...ZARAŻONY! Chwyciłem za kaliber 9:
-Przepraszam pana....-i...strzeliłem mu w serce, padł...*
Przyjechaliśmy do domu powiedziałem o tym Carli i jej mamie. Płakały. Ja ledwo opanowywałem emocje. Reszta dnia minęła względnie spokojnie, choć wróciliśmy bez Erica...
Wrotten by K.B
*-w tej historii o zombie, nie muszą zostać uszkodzone ich mózgi, giną od strzału w serce, albo kilka strzałów w inne narządy (dop.autor)
czwartek, 17 kwietnia 2014
Dzień jak co dzień...
17.IV.14
Siema. Nazywam się Craig R. Mertens, w tym roku będę miał 15-tkę. Chciałem wam opowiedzieć o moich problemach, rosterkach miłosnych, a przede wszystkim-o problemie z zombie.
Zaczęło się jak zwykle: wstałem, umyłem się, ubrałem i wyszedłem do szkoły. W szkole gadałem z Kevinem, Jimmem, Carlą (moją dziewczyną) i innymi "kolesiami". Weszliśmy do sali w podziemiach. Ściany malowane były pastelami. Kształty były bliżej nieokreślone, choć przypominały z daleka zwierzę. Ławki wyglądały jakby były zasłonami żołnierzy podczas II wojny światowej: dziurawe, pomazane, nawet pokolorowane na czarno markerem. Siedziałem z Carlą. Belfer odczytywał listę, my w tym czasie gadaliśmy:
-Idziesz dzisiaj ze mną do Carvey'a?-zapytałem słodką blondynkę z wypiekami na twarzy. Była inetligentna, co było atutem, ale była także zabawna.
-Jasne, o 18-tej?-odpowiedziała.
-Okej, przyjadę po ciebie.-powiedziałem i pocałowałem ją w policzek. Był to słodki, krótki pocałunek podobny do tych z kartki walentynkowej. Potem wszystko się zmieniło.
Na przerwie spiker mówił:
-Mamy małe problemy, niektórzy uczniowie zostali ugryzieni przez zwierzęta/ludzi każda osoba która została ugryziona powinna niezwłocznie zgłosić się do pani Emmy Valentine.
-No nieźle-powiedział Kev.
-All miał ugryzienie, podobno od psa.-mówił Gabe.
-Ciekawe, co znaczyło "ugryzieni przez ludzi"-rzuciłem.-dobra choćmy na lekcję.
Następna lekcja była na parterze w Auli 4. Zawsze mówiłem, że jest tam "sześć tysięcy okien" i "milion krzeseł". Po pierwszych 20-tu minutach było spoko, lecz potem, Colin zżygał się na podłogę i padł. Każdy pobiegł w jego stronę.
-Brak pulsu.-powiedziała pani Press.-Niech ktoś zawoła pielę...AAAA!-Colin ugryzł, a raczej oderwał jej kawałek gardła. Tchawicę było widać jak latała w ustach tego kujona.
-O KURWA!-krzyknąłem-oddalcie się!
Było tam nas 24-rech, no 22-óch, bez pani i jego.
-Musimy stąd uciec!-krzyknął Marc.
Wtem drzwi otworzyły się. Uczniowie i kilku nauczycieli wyglądali jakby leżeli w grobach przez kilka lat, a ktoś próbował podtrzymać funkcje życiowe.
-NIEEEE!-naraz rozległy się krzyki 5-6 osób: Petera, May, Roba , Lee i kogoś jeszcze, ale nie pamiętam kogo dokładnie.
-Rozpierdole okno, odsuńcie się!-Kzryknąłem i rzuciłem metalowym krzesłęm w szybę. Pękła od razu.
-Skaczcie!-krzyknął Eric. Tamci już się zbliżali.
Z 24-terech osób zostało 16-cie. Spotkaliśmy pana Robertsa:
-Wejdźcie do autobusu.-powiedział.
Zajęliśmy miejsca. Mocno przytuliłem roztrzęsioną Carlę.
-Oni, oni byli chorzy-powiedziała.
-Wiem.-potwierzdziłem.
Odjechaliśmy, zabraliśmy kilku ludzi (w tym, na szczęście-matkę Carli).
Pojechaliśmy do domku letniego mojego ojca, miał tam przyjechać wraz z jego żoną-Christy. Mama umarła podczas ataku na WTC. Brakuje mi jej, ale daję sobie radę.
-Zostaniemy tu?-zapytał mnie Eric.
-Jeżeli mój tata i Christy się zgodzą, okej-powiedziałem.
Potem tata i jego żona przyjechali i zostaliśmy na noc, rozmawiając o różnych rzeczach....
Wrotten by K.B
Siema. Nazywam się Craig R. Mertens, w tym roku będę miał 15-tkę. Chciałem wam opowiedzieć o moich problemach, rosterkach miłosnych, a przede wszystkim-o problemie z zombie.
Zaczęło się jak zwykle: wstałem, umyłem się, ubrałem i wyszedłem do szkoły. W szkole gadałem z Kevinem, Jimmem, Carlą (moją dziewczyną) i innymi "kolesiami". Weszliśmy do sali w podziemiach. Ściany malowane były pastelami. Kształty były bliżej nieokreślone, choć przypominały z daleka zwierzę. Ławki wyglądały jakby były zasłonami żołnierzy podczas II wojny światowej: dziurawe, pomazane, nawet pokolorowane na czarno markerem. Siedziałem z Carlą. Belfer odczytywał listę, my w tym czasie gadaliśmy:
-Idziesz dzisiaj ze mną do Carvey'a?-zapytałem słodką blondynkę z wypiekami na twarzy. Była inetligentna, co było atutem, ale była także zabawna.
-Jasne, o 18-tej?-odpowiedziała.
-Okej, przyjadę po ciebie.-powiedziałem i pocałowałem ją w policzek. Był to słodki, krótki pocałunek podobny do tych z kartki walentynkowej. Potem wszystko się zmieniło.
Na przerwie spiker mówił:
-Mamy małe problemy, niektórzy uczniowie zostali ugryzieni przez zwierzęta/ludzi każda osoba która została ugryziona powinna niezwłocznie zgłosić się do pani Emmy Valentine.
-No nieźle-powiedział Kev.
-All miał ugryzienie, podobno od psa.-mówił Gabe.
-Ciekawe, co znaczyło "ugryzieni przez ludzi"-rzuciłem.-dobra choćmy na lekcję.
Następna lekcja była na parterze w Auli 4. Zawsze mówiłem, że jest tam "sześć tysięcy okien" i "milion krzeseł". Po pierwszych 20-tu minutach było spoko, lecz potem, Colin zżygał się na podłogę i padł. Każdy pobiegł w jego stronę.
-Brak pulsu.-powiedziała pani Press.-Niech ktoś zawoła pielę...AAAA!-Colin ugryzł, a raczej oderwał jej kawałek gardła. Tchawicę było widać jak latała w ustach tego kujona.
-O KURWA!-krzyknąłem-oddalcie się!
Było tam nas 24-rech, no 22-óch, bez pani i jego.
-Musimy stąd uciec!-krzyknął Marc.
Wtem drzwi otworzyły się. Uczniowie i kilku nauczycieli wyglądali jakby leżeli w grobach przez kilka lat, a ktoś próbował podtrzymać funkcje życiowe.
-NIEEEE!-naraz rozległy się krzyki 5-6 osób: Petera, May, Roba , Lee i kogoś jeszcze, ale nie pamiętam kogo dokładnie.
-Rozpierdole okno, odsuńcie się!-Kzryknąłem i rzuciłem metalowym krzesłęm w szybę. Pękła od razu.
-Skaczcie!-krzyknął Eric. Tamci już się zbliżali.
Z 24-terech osób zostało 16-cie. Spotkaliśmy pana Robertsa:
-Wejdźcie do autobusu.-powiedział.
Zajęliśmy miejsca. Mocno przytuliłem roztrzęsioną Carlę.
-Oni, oni byli chorzy-powiedziała.
-Wiem.-potwierzdziłem.
Odjechaliśmy, zabraliśmy kilku ludzi (w tym, na szczęście-matkę Carli).
Pojechaliśmy do domku letniego mojego ojca, miał tam przyjechać wraz z jego żoną-Christy. Mama umarła podczas ataku na WTC. Brakuje mi jej, ale daję sobie radę.
-Zostaniemy tu?-zapytał mnie Eric.
-Jeżeli mój tata i Christy się zgodzą, okej-powiedziałem.
Potem tata i jego żona przyjechali i zostaliśmy na noc, rozmawiając o różnych rzeczach....
Wrotten by K.B
Subskrybuj:
Posty (Atom)