17.IV.14
Siema. Nazywam się Craig R. Mertens, w tym roku będę miał 15-tkę. Chciałem wam opowiedzieć o moich problemach, rosterkach miłosnych, a przede wszystkim-o problemie z zombie.
Zaczęło się jak zwykle: wstałem, umyłem się, ubrałem i wyszedłem do szkoły. W szkole gadałem z Kevinem, Jimmem, Carlą (moją dziewczyną) i innymi "kolesiami". Weszliśmy do sali w podziemiach. Ściany malowane były pastelami. Kształty były bliżej nieokreślone, choć przypominały z daleka zwierzę. Ławki wyglądały jakby były zasłonami żołnierzy podczas II wojny światowej: dziurawe, pomazane, nawet pokolorowane na czarno markerem. Siedziałem z Carlą. Belfer odczytywał listę, my w tym czasie gadaliśmy:
-Idziesz dzisiaj ze mną do Carvey'a?-zapytałem słodką blondynkę z wypiekami na twarzy. Była inetligentna, co było atutem, ale była także zabawna.
-Jasne, o 18-tej?-odpowiedziała.
-Okej, przyjadę po ciebie.-powiedziałem i pocałowałem ją w policzek. Był to słodki, krótki pocałunek podobny do tych z kartki walentynkowej. Potem wszystko się zmieniło.
Na przerwie spiker mówił:
-Mamy małe problemy, niektórzy uczniowie zostali ugryzieni przez zwierzęta/ludzi każda osoba która została ugryziona powinna niezwłocznie zgłosić się do pani Emmy Valentine.
-No nieźle-powiedział Kev.
-All miał ugryzienie, podobno od psa.-mówił Gabe.
-Ciekawe, co znaczyło "ugryzieni przez ludzi"-rzuciłem.-dobra choćmy na lekcję.
Następna lekcja była na parterze w Auli 4. Zawsze mówiłem, że jest tam "sześć tysięcy okien" i "milion krzeseł". Po pierwszych 20-tu minutach było spoko, lecz potem, Colin zżygał się na podłogę i padł. Każdy pobiegł w jego stronę.
-Brak pulsu.-powiedziała pani Press.-Niech ktoś zawoła pielę...AAAA!-Colin ugryzł, a raczej oderwał jej kawałek gardła. Tchawicę było widać jak latała w ustach tego kujona.
-O KURWA!-krzyknąłem-oddalcie się!
Było tam nas 24-rech, no 22-óch, bez pani i jego.
-Musimy stąd uciec!-krzyknął Marc.
Wtem drzwi otworzyły się. Uczniowie i kilku nauczycieli wyglądali jakby leżeli w grobach przez kilka lat, a ktoś próbował podtrzymać funkcje życiowe.
-NIEEEE!-naraz rozległy się krzyki 5-6 osób: Petera, May, Roba , Lee i kogoś jeszcze, ale nie pamiętam kogo dokładnie.
-Rozpierdole okno, odsuńcie się!-Kzryknąłem i rzuciłem metalowym krzesłęm w szybę. Pękła od razu.
-Skaczcie!-krzyknął Eric. Tamci już się zbliżali.
Z 24-terech osób zostało 16-cie. Spotkaliśmy pana Robertsa:
-Wejdźcie do autobusu.-powiedział.
Zajęliśmy miejsca. Mocno przytuliłem roztrzęsioną Carlę.
-Oni, oni byli chorzy-powiedziała.
-Wiem.-potwierzdziłem.
Odjechaliśmy, zabraliśmy kilku ludzi (w tym, na szczęście-matkę Carli).
Pojechaliśmy do domku letniego mojego ojca, miał tam przyjechać wraz z jego żoną-Christy. Mama umarła podczas ataku na WTC. Brakuje mi jej, ale daję sobie radę.
-Zostaniemy tu?-zapytał mnie Eric.
-Jeżeli mój tata i Christy się zgodzą, okej-powiedziałem.
Potem tata i jego żona przyjechali i zostaliśmy na noc, rozmawiając o różnych rzeczach....
Wrotten by K.B
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz